//////

Miesięczne archiwum: Listopad 2015

  • Będę pisała codziennie – zapewniała przez łzy, wtuliwszy nos w kaszkiet Mana. Minęły jednak dwa tygodnie od wyjazdu, a on nie ma od niej żadnej wiado­mości. Jest 30 września 1923 roku. Zaniepokojony, prosi swoją siostrę, Elsi, która mieszka w Nowym Jorku, by zdobyła informacje o Kiki. Okazuje się, że zgubił adres, pod którym miała się zatrzymać po przyjeździe. Postanawia napi­sać też do swojej dobrej znajomej, pani Palmer, z którą Kiki miała się skontak­tować.Po jakimś czasie przychodzi wreszcie do Paryża chaotyczny list Kiki.Man doskonale pamięta dzień, kiedy podekscytowana Kiki przedstawiła mu parę podającą się za łowców młodych talentów.

  • Ale ona nie ma za grosz zmysłu praktycznego! – pozwolił sobie zauważyć Man. – Po jakimś czasie byłaby goła jak mysz kościelna, sama po tamtej stronie Atlantyku! On jeden wiedział najlepiej, że Kila zupełnie nie rozumie, co znaczy zara­biać pieniądze, i ani trochę nie zna się na biznesie. Wysoki, przystojny mężczy­zna natychmiast go uspokoił. Sama nie będzie przecież musiała się troszczyć o nudne sprawy finansowe. To oni się wszystkim zajmą – będą jej impresaria- mi. Ona natomiast powinna pozostać wyłącznie sobą, czyli Kiki de Montpar­nasse, naiwną i beztroską. To stanowi przecież o paryskim kolorycie i będzie przyciągało amerykańską publiczność.

Tak więc postanowione! Wyjeżdżam do Ameryki. Nie, nie z Manem! Z Mike’iem, amerykańskim dziennikarzem. Ale nie mówmy o tym. Tak się bo­ję, że Nowy Jork nie będzie równie piękny jak w kinie! – zwierzała się przyja­ciółce. Oczywiście Kiki wcale nie zamierzała zatrzymywać się u Francuzów z Greenwich Village, jak zapewniała Mana, nie chcąc, by był zazdrosny. Od ra­zu zamieszkała w hotelu ze swoim nowym kochankiem…Po dwóch miesiącach gruchania nastała jednak szara rzeczywistość. Pie­niądze zaczęły się kończyć, a Amerykanin zapłacił za pokój i wyjechał do Saint Louis, żeby podreperować nadwerężony budżet.

  • Wszystko miało tam smak solonej gąbki! Statek zatrzymywał się często z powodu mgły. Myślałam, że ten koszmar nigdy się nie skończy. W końcu dopłynęliśmy do No­wego Jorku. I tam właśnie, jeszcze w porcie, moich dwoje impresariów posta­nowiło się rozstać. Ten facet chciał, żebym z nim zamieszkała, aleja – jak się pewnie domyślasz — odmówiłam. Zamieszkałam u tych Francuzów z Grcen- wich Village, jak ustaliliśmy. A cała ta historia z filmem? Czy coś z tego wyszło? – pyta nadąsany ManNo, wiesz! Sprawa się trochę przeciągnęła. Potem ten facet załatwił mi spotkanie z jakimiś typami z Paramountu. Studia filmowe były gdzieś na wy­spie, na Long Island czy diabli wiedzą gdzie! W każdym razie musiałam poje­chać tam pociągiem na zdjęcia próbne. Ale to był istny labirynt.

Archiwa