//////

Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Skrzypce Ingres’a mają być zamieszczone w trzynastym numerze „Littśra- ture”, który ukaże się czerwcu. Kiki jest bardzo dumna i cieszy się jak dziecko. Takie samo uczucie towarzyszyło jej już wówczas, gdy Man malował po raz pierwszy jej portret. Tamtego dnia, wzorem hrabiny de Ganay i innych świato­wych kobiet pozujących van Dongenowi i Foujicie, Kiki włożyła wieczorową suknię z owalnym dekoltem i zgodnie z rytuałem pozowania stanęła w bezru­chu. Man zaczął wówczas mieszać delikatne, pastelowe kolory, czernie, brązy i kolor szaroniebieski, a na malowanie jej ciała przeznaczył biel kości słoniowej.Ulubione przez nią kolory stonował tak, by upodobniły się do występujące­go na fotografii światłocienia. 

Następnie dla podkreślenia tej nowej estetyki przeobrażającej konwencjonalny temat, pokrył błękitną poświatą czerwone usta Kiki i jej iskrzące się, wydłużone ku skroniom oczy. Czy to jako Skrzypce Ingres’a czy też nie, Kiki wraca coraz później do ho­telu. „Uważaj złociutka” – powtarza sama do siebie. „Jeszcze trochę i będziesz taka sama jak Fernande Barrey”.No właśnie! A oto i madame Fernande! – mówi Kiki, widząc ją, jak puszy się otoczona czteroma albo pięcioma młodymi Amerykanami.Madame Fernande to kuriozalne połączenie „burdelmamy” i damy w wie­ku balzakowskim. Nadskakująca wszystkim i kokieteryjna, nie przejmuje się wcale tym, jak ją traktują. Zdarza się, że po północy pyta o godzinę. Kiki odpo­wiada dla hecy – Już po czwartej!”.

Wtedy ona wypada jak strzała i pędzi do swego amanta, Koyanagui, który oczekuje jej w domu cały w nerwach. „Na­reszcie zjawiłaś się, ty wywłoko! Kabaretu ci się zachciało!” – witają w progu ciska w’ nią butem. Tymczasem Fernande stoi jedną nogą w pokoju, a drugą na korytarzu, gotowa do ucieczki, gdyby chciał ją bić. „Mam okropne przeczu­cie, że on mnie kiedyś udusi…” – wyznaje często koleżankom.Ja przynajmniej nie muszę się tego obawiać ze strony Mana – myśli Kiki. Zresztą w dniu, kiedy oznajmiła mu, że wraca do Ameryki, bardziej drżała z po­wodu jego spokoju niż Fernande w chwilach gniewu swego porywczego Japoń­czyka. Czy kiedykolwiek uda się jej przełamać apatię Mana?Często w głębi jej duszy pojawia się pragnienie przeżycia szalonej miłości. Chciałaby wtedy znaleźć się w ramionach choćby tramwajarza o mocnych, brutalnych rękach…

Już po podniesieniu kurtyny wiadomo było, że sztuka nie odniesie suk­cesu.To się kupy nie trzyma!Ależ to istny volaptik!Mówiłem przecież, że ten Raymond Roussel to neuropata. Maniak i mistyfikator!Szmer niezadowolenia pojawił się najpierw na parterze, a po rozpoczęciu pierwszego aktu Gwiazdy na czole krzyk podniósł się też na jaskółkach. Po chwili pomruki zbulwersowanej publiczności zagłuszały już aktorów. „Co to za sztuka, w której nic się nie dzieje?!” – wołali niezadowoleni widzowie.Na parterze, w ogólnej wrzawie Robert Desnos wykrzykiwał ze złością – „Cisza! Banda idiotów! Zamknijcie gęby!”. Tymczasem pełne niezadowolenia komentarze były coraz głośniejsze, unosiły się nad widownią aż po ogromny ży­randol.

Rozbawieni krytycy sparodiowali nawet tytuł sztuki, nazywając ją „Kuku na muniu”. Podczas trzeciego aktu wrzawa była już tak straszna, że aktorzy zaczęli się mylić w wypowiadanych kwestiach. Trzeba było opuścić kurtynę. Wtedy wi­downia stała się prawdziwym polem bitwy.Desnos i Treize z trudem przeciskali się przez tłum bijących się, by w koń­cu wydostać się niemal na czworaka bocznymi drzwiami. Kiedy wracali już na Montparnasse, w teatrze Veaudeville ostatni widzowie wołali ironicznie w ogromnym zgiełku – „Au-tor! Au-tor!”.Był piękny majowy wieczór. Tarasy kawiarń zapełniały się pastelowo ubra­nymi kobietami i amerykańskimi marynarzami, którzy śmiejąc się głośno, od­chylali charakterystycznie głowy.

Zachowywali się tak, jakby wierzyli, że życie jest gigantycznym lunaparkiem, radosną i barwną maskaradą, gdzie przyjem­ności kupuje się, płacąc monetami z wybitą nań dewizą: „Używaj życia i baw się!”. Gdyby ci wszyscy turyści o wyglądzie operetkowych statystów wiedzieli, jak naprawdę wygląda życie za kulisami Paryża. W taksówce Therese ujęła za rękę milczącego Desnosa.Po raz pierwszy od chwili, gdy go poznała, Thśrese czuje się wolna. Per Krohg wyjechał bowiem do Norwegii malować wielki fresk w szkole morskiej. Kiedy natomiast jest w Paryżu, rozgrywa się prawdziwy dramat miłosnego trój­kąta. Jego żona Lucy jest kochanką Pascina. Ponieważ jednak ciągle się z nim sprzecza, a także ze względu na swego synka Guy a, wraca na noc do męża i płacze.